z przymrużeniem oka czyli blog o poszukiwaniu radosnych chwil


Pomyślę o tym jutro… to zdanie przyświecało mi w życiu gdy miałam kłopoty. Niestety częściej spalałam się z niecierpliwości. Nie miałam tyle silnej woli, co bohaterka książki „Przeminęło z wiatrem”, Scarlett O’Hara. Złość napędzała ją do działania. Zacisnęła pięści, tupnęła nóżką i dopięła swego. A ja… rozchorowałam się psychicznie. Kumulując złe emocje, wspomnienia, popadłam w depresję i dalej psychozę… Jestem osobą dojrzałą, mam męża, dorosłe dzieci i choruję od kilkunastu lat na schizofrenię paranoidalną. Patrzę teraz na świat przez pryzmat choroby, wyszukując jednak rzeczy które mnie cieszą, weselą i wyciągają ze smutnego świata.
Proszę więc Ciebie o czytanie ze zrozumieniem i żeby było lżej , z lekkim przymrużeniem oka.

– Tua


13 - Wiersze nocną porą
wiersze-nocna-pora
wiersze-nocna-pora.pdf

  UWAGA: więcej znakomitych wierszy, pod poniższą stroną www:
http://ikontrast.selim.pl/wp/scarlett/

12 - Uwaga! Nie krzyczeć na mnie!!!

Czy zarzucić pisanie, czy prowadzić blog na kształt pamiętnika, bo nie umiem inaczej? Czy przydaje mi się wyrzucanie wspomnień, rozkminianie najczęściej tych niedobrych rzeczy. To miał być blog o poszukiwaniu radosnych chwil, a te złe miały być traktowane z przymrużeniem oka.

Bo, co prawda jestem przekonana, że nie konfabuluję, ale lekko przejaskrawiam swoje problemy. Chciałabym raz napisać coś wesołego.

Może mi się uda i zacznę od tego, że moja wnusia w brzuszku mojej córki urządza dyskoteki, pręży się, prostuje nóżki, wymachuje rączkami. Tancerka mała się urodzi. Aż jestem ciekawa. Może to jest dobry powód, żeby rzucić palenie papierosów i nie skracać sobie życia. Plastry nikotynowe czekają. Leżą gdzieś w kącie. Córka mi kupiła, bo bardzo jej zależy, bym była obecna przy wychowywaniu i żebym jeszcze pożyła dla wnusi. Nie krzyczy, ale wciąż srogo upomina mnie. Czuję się jak dziecko, hihi role się odwróciły.

Co to będzie na starość, gdy synowie dołączą do niej i będą chcieli mamę sobie wychować.

Trzeba dbać o zdrowie i nie dopuścić do tego. Być samodzielną osobą.

Właśnie, powinnam też schudnąć, żeby mieć lepszą kondycję. Jem tyle, że cztery osoby, by się najadły. Kiedyś wystarczało mi pół kanapki, a teraz pół chleba potrafię w nocy wciągnąć i rano się zastanawiam, co tak ubyło. Albo wczoraj syn nie jadł obiadu, bo przespał całą niedzielę, a ja o północy sobie ubzdurałam, że on zaraz wstanie. Obrałam na wpół przytomna ziemniaki i zrobiłam mu frytki, po czym po dwóch godzinach zjadłam połowę. Dołożyłam sobie surówki, zadbałam o różnorodność potrawy… jeszcze pulpeta chciałam dorzucić, ale nie chciało mi się grzać, hhe. Syn nie reagował na moje telefony, bo takowe dwa wykonałam.

Ech… mam cukrzycę. I tu zaczynają się schody. Zamiast diety, ja tak sobie nocami poczynam beztrosko.
Na drugi dzień staję na głowie, żeby zbić poziom cukru we krwi. Piję siemię lniane, parzę herbatki przeciwcukrzycowe, jem tabletki z morwą białą w składzie, śniadanko skromne, jabłuszka jem pomiędzy posiłkami, zamiast słodyczy, które uwielbiałam.

Nawet schudłam dwa kilo ostatnio. Tak tylko się chwalę. Bo gdyby ubyło ze dwadzieścia kilogramów, to byłabym dopiero szczęśliwą osobą, godną pochwał, wręcz domagającą się ich.

Oprócz cukru, jeszcze masło muszę ograniczyć, ale jak na złość polubiłam je do wszystkiego. Kanapki grubo nim smaruję, do zupy dodaję 1/3 kostki na 5 litrów, roztapiam na ziemniakach i polewam pierogi. Cholesterol mam w porządku. Trójglicerydy trochę ponad normę. No, ale żeby się ustrzec miażdżycy, trzeba zapobiegać i masełko odstawić.

Co jeszcze mogę zrobić, by żyć długo. Być aktywną. I tu jest problem, bo nie dość, że leki psychotropowe powodują zmęczenie i senność, to cukrzyca ma też duży wpływ na moje samopoczucie. Za duże stężenie cukru we krwi – źle (senność i groźba dodatkowych chorób), mało cukru – też niedobrze (kwasica ketonowa i śpiączka grozi). Ta ciągła walka o prawidłowy poziom cukru męczy mnie i powoduje, że robię pas… Na szczęście nie na długo. Wizyty u diabetologa motywują mnie do działania, żeby tylko nikt na mnie nie krzyczał i nie powiedział, że jestem niepoważna.

Aj! surową mam panią doktor.

Być szczęśliwym, to też recepta na długowieczność. Ciągłe narzekanie nie służy temu. Najważniejsze, żeby nikt, absolutnie nikt na mnie nie krzyczał. Zwłaszcza mąż. I to by było na tyle (z dziećmi sobie poradzę, z tą zamianą ról, kto kogo ma wychować).

P.s.
Pochwalę się, obejrzałam jeden film pod koniec zeszłego miesiąca, co prawda smutny trochę, ale sam fakt dobrze mnie nastroił. Może teraz czas na czytanie, ale oczy mi się męczą. A głos, głos jest nadal cichutki… muszę to wykorzystać i zrobić jak najwięcej dla siebie.

4 luty 2019 tua

11 - Psychoza

Po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza Polskie Towarzystwo Psychiatryczne wydało oświadczenie z apelem by nie utożsamiać przemocy i zbrodni z zaburzeniami psychicznymi. „Agresja, nienawiść czy chęć odwetu nie znają podziału na chorych i zdrowych i są znane wielu osobom”.
Krzywdzące dla chorych jest kojarzenie związku pomiędzy chorobą a takimi występkami jak morderstwo. Może to przyczyniać się do stygmatyzacji i utrwalania strachu w społeczeństwie. Wiem coś o tym, bo moim narzędziem ewentualnego zamachu na czyjeś lub swoje życie miał być pilnik do paznokci. Przy eskorcie policji odstawiono mnie do szpitala. Byłam w stanie ostrej psychozy, należało mi się. Zdążyłam zauważyć przy tym, że nie tylko ja byłam w takim stanie, strach zasiany przez męża spowodował ogólną psychozę. Musiał kłamać ile wlezie, że jestem groźna, byleby mnie tylko zabrali. Przypomniało mi się jak syn do mnie mówił: po co ci ten pilnik, mamo. A ja odpowiedziałam nonszalancko, że jak chce, to niech wbije go w mój brzuch. Chciałam tylko, żeby się mnie nie bał, ale stało się inaczej. Zabrnęłam w gorączce psychotycznej za daleko. Wygłaszałam inne brednie. Mówiłam coś o znajomościach w radiu Gdańsk i że mogę załatwić pracę mojemu zięciowi-dziennikarzowi świeżo po studiach. Nałożyłam sweter z nietypowym kołnierzem w kształcie kryzy i orzekłam, że teraz wyglądam jak królowa angielska. Pielęgniarzowi bardzo się spodobało te porównanie i również mnie spytał: ale do czego pani ten pilnik potrzebny? Mąż rozdmuchał te zajście z synem do niebotycznych rozmiarów. Sędzina w sprawie o zasadność umieszczenia w szpitalu psychiatrycznym wymieniła te narzędzie jako dowód niedoszłej zbrodni. A ja naprawdę tylko paznokcie nim szlifowałam.
Czy mam się siebie bać? Na tak postawione pytanie grupa i lekarz prowadzący grupę terapeutyczną roześmiali się. Poznali mnie jako cichą myszkę, lekko nieufną, niezdolną do zrobienia komuś krzywdy. Pytanie- czy te oczy mogą kłamać?
W szpitalu na psychoedukacji dowiedziałam się, że mały jest odsetek chorujących psychicznie popełniających przestępstwa w porównaniu z ludźmi zdrowymi. Tylko gdzie jest ta granica dzieląca nas od zdrowego społeczeństwa. Dzisiaj każdy oskarżony w sprawie sądowej może być kierowany do psychiatry i dostać orzeczenie chorego.
Muszę ufać mojemu „głosowi”. Jestem jaka jestem. Ze stwierdzoną schizofrenią paranoidalną mam nadzieję, że nigdy nikomu nic złego nie zrobię…

16 stycznia 2019 tua

10 - W dźwiękach ciszy

Życie mi ucieka. Ktoś by powiedział, że z wiekiem spowalniamy tempo. Że nie potrzebujemy tylu wrażeń, bodźców, fantastycznych przeżyć. Zagalopowałam się w wyliczaniu potrzeb. Jednakże czuję, że przez „głos” tracę czas. Nadal nie mogę czytać, zapoznawać się z tak zwaną kulturą masową. Filmy, teatr, muzea są dla mnie zakazane. Radio wyłącznie z muzyką, bez wiadomości ze świata mogę włączyć, na to „on” zezwala.
Już nie mam także wrażenia jakoby bym była w „złotej klatce”, „on” przestał mnie chronić. Nie jest mi zielono…
Dużo kłopotów narosło: zdrowotnych, rodzinnych, finansowych, zbyt poważnych, żeby nie reagować na nie. Leki inaczej działają po latach pomimo albo właśnie dlatego, iż biorę od lat ten sam neuroleptyk. Już nie jestem tak bardzo znieczulona. Znowu zaczęłam się nadmiernie przejmować. Problemy zmuszają mnie do samodzielnego myślenia, działania, bo coś trzeba z nimi zrobić, najlepiej rozwiązywać je. Wydawałoby się, że mając takie bodźce moje życie stało się intensywniejsze. Jednakże skutkiem tych przeżyć jest, jeszcze niedawno aktywniejszy niż zwykle „głos”. Był on przez ponad miesiąc przykry.
Być może jest echem tego, co mi się przydarza. Ale nie wiem po co mi wiedzieć rzeczy, których nie jestem w stanie sobie przypomnieć przez to, że byłam w katatonicznych stanach ponad trzynaście lat temu i dawniej! Bo właśnie takowe mi opowiadał przez ten czas. Wydarzenia tuż sprzed psychozy (miałam jedną ostrą) relacjonował mi zawzięcie, maniakalnie, bez skrupułów.
Zrozumiałam z tych opowieści, że dotknęła mnie częściowa stygmatyzacja, ale i odrzucenie w wyniku moich zachowań. Później z powodu samej nazwy choroby, która brzmi groźnie. Napiętnowanie a to przez niektórych znajomych, a to niektórych członków rodziny. Zauważyłam też popłoch, gdy cokolwiek wspominam o głosie lub ogólnie o mojej chorobie… myślą chyba sobie: bierze leki, nie powinno być z nią większych przebojowych scen, a to najważniejsze.
Ze wszystkich mi znanych zdrowych psychicznie tylko parę osób i mąż pozostali opoką w kwestii poszanowania chorujących psychicznie, ale tak do końca jemu nie ufam. Boję się, że wraz z innymi może wyśmiewać mnie, moją chorobę, moje reakcje, zachowania. Może to być efekt zmęczenia faktem, że tak długo to trwa i nie widać końca. Do tego narastające problemy życiowe dotykają również mojego męża. A i dar do wyolbrzymiania niektórych spraw dotyczy nie tylko mnie, ale i jego.

Tak wygląda atmosfera w moim najbliższym otoczeniu. A co będzie się działo po śmierci prezydenta miasta Gdańsk Pawła Adamowicza. Szalony nożownik zadał mu kilka ciosów nożem podczas finału WOŚP przed wzniesieniem „światełka do nieba”. W wyniku odniesionych ran prezydent, pomimo wielogodzinnej operacji zmarł. O „mowie nienawiści” dużo się mówi teraz w mediach, a lekarze stwierdzili u tegoż napastnika schizofrenię paranoidalną. Tak jakby te schorzenie najbardziej pasowało do sytuacji. Czy ta nienawiść zostanie częściowo skierowana na nas chorych, czas pokaże już wkrótce. W każdym razie poczułam się jak psychopatka z sadystycznymi skłonnościami. Otrzymałam zimny, wręcz lodowaty prysznic, przeszywający na wskroś. Przestałam
błądzić myślami, które nasuwał mi „głos” wokół dawnych spraw, nic niewartych, nieważnych, trujących. Nagle otrzeźwiałam, wyostrzyłam zmysły na dzisiejszy, ważny dla mnie problem- stygmatyzacji osób chorych psychicznie i degradacji nas w społeczeństwie.
Włączyłam radio Gdańsk o 5:00 rano i słuchałam dobrych wspomnień o prezydencie, przy wtórze nostalgicznych piosenek, skłaniających do refleksji na temat kruchości życia, godnej śmierci, uszanowania czyjegoś życia.
Na jednym z portali internetowych znalazłam piosenkę The sound of silence Paula Simona w wykonaniu Davida Draimana. Na wiecu w Gdańsku przeciwko nienawiści i przemocy tę piosenkę puszczono „z taśmy”. Jego donośny głos a’capella przeszywał ciszę z narastającym natężeniem. Głos, który przebił się do Nieba… ale i na Ziemi spowodował poruszenie, abyśmy nie zastygli w milczeniu wobec zła i obojętności.

15 stycznia 2019 tua

9 - Cichy pożeracz mojego czasu

Chyba jestem w dołku. Nic nie mogę zrobić. Ciężko mi się myśli, ciężko oddycha.Może to przez wirusa, jestem przeziębiona.
Gdy jestem aktywna- jestem szczęśliwa.

Wszystko sprowadza się do jakiejkolwiek aktywności: zawodowej, umysłowej, fizycznej, jakie tam jeszcze są, tylko nie sportowej, taka to już dawno ponad moje siły. Powolny spacer jest na miarę moich możliwości.
Do tego głos był taki cichutki ostatnio, ale wczoraj pomyślałam, czy to nie cisza przed burzą… a bo zaczął insynuować, że coś kiedyś źle zrobiłam. Dotyczy to moich dzieci. Całe moje wychowywanie opierało się na tym, by nie spotkała je żadna krzywda, ale chyba umknęło mi parę rzeczy. Głos mówi, że mogło im
grozić coś nawet od ich kolegi, któremu ufałam… przed chwilą mąż zadzwonił z pracy i odciągnął mnie od tych myśli, ale głos jest uparty…

Nie mogę czytać, nie mogę filmów oglądać, słuchać wiadomości, a ten mój „głos” i tak produkuje rzeczy, które mnie prześladują.

Kiedyś, dawno temu, gdy się zdenerwowałam, brałam się wtedy za fizyczne prace, najczęściej porządkowe. Zdarte paznokcie, urobiona po łokcie, po pachy, ale szczęśliwa. Teraz rzadko się denerwuję, leki mnie lekko otumaniają. Czasem wykrzyczę, co mi leży na sercu, jednakże przeważnie wszystko się dzieje po cichu, w mojej głowie.

Ile rzeczy mogłabym zrobić jeszcze, gdyby głos mi pozwolił.

Moim marzeniem było przeczytanie z pół biblioteki największej w mieście, a teraz nie czytam nawet tych, które zgromadziliśmy z mężem.

Innym, takim cichym zadaniem, które sobie kiedyś wyznaczyłam, to pomoc chorym dzieciom. Teraz ograniczam się do wysłania sms’a dla WOŚP.

Wszystko źle, czas mi ucieka przez palce…

10 stycznia 2019 tua

8 - Koniec niezależności

Wiatr się uspokoił, a moje myśli nadal rozhuśtane. Tym razem inny temat mnie gnębi, ale nadal wkoło przydatności do życia ze względu na wiek połączonej z chorobą psychiczną.
Byłam na komisji w ZUSie ponieważ starałam się o zasiłek rehabilitacyjny. Nie przyznano mi go ze względu na złe rokowania szybkiego powrotu do zdrowia, to znaczy jestem niezdolna do pracy. Przynajmniej dwa lata trzeba leczenia i rehabilitacji, a więc lekarz-orzecznik niespodziewanie dla mnie orzekła rentę. Jeszcze musi się uprawomocnić, jeśli nikt nie złoży odwołania. Mogłabym sama takowe złożyć, bo jak raz, akurat nie wiem, czy to korzystne dla mnie. Nie mogę podjąć pracy, a czy będzie mi się należał zasiłek rentowy to inny temat. Zbyt mało mam tzw. części składkowej. Więc zostanę na garnuszku męża. Tyle, że sama przedstawiłam dokumentację o moim stanie zdrowia i wpadłam w pułapkę. Czy miałam inne wyjście, czy mogłam udawać zdrową i nadal pracować, bez sensu.
Rozchwiana emocjonalnie udałam się do tejże instytucji.
Na komisji najgorsze były pytania. Ile pani śpi, ile wypala papierosów , co pani robi w ciągu dnia i… co mówi głos. Jak wytłumaczyć komuś, że głos mnie ubezwłasnowolnia, zmusza mnie do słuchania jego „myśli” i doprowadza do płaczu. Samo mówienie na głos o nim spowodowało, że się rozkleiłam i ciężka była ze mną rozmowa. A do tego konkretnie wszyscy chcą wiedzieć o czym „głos” mówi. Mówię, że dużo przywołuje wspomnień, ale konkretnie co! No więc rzeczy z przeszłości, wydukałam i płakałam dalej. Lekarka była nieprzejednana, drążyła temat bez finezji z wyuczoną rutyną.
Dużo tego się nazbierało na jakąś terapię, a ja na razie piszę na blogu i się zastanawiam, co dalej.
Przeczytałam wczoraj wywiad z dr Tomaszem Witkowskim, do którego link znalazłam na forum Pięknego Umysłu odnośnie terapii i dużo do myślenia mi dało stwierdzenie specjalisty, że nie wszystko np. z dzieciństwa trzeba przerabiać, przepracowywać… „ bolączki z tego okresu (o ile nie miały charakteru wieloletniej traumy) przekładają się na dorosłe życie w mniejszym stopniu niż wydarzenia z ostatniego roku…” Ciągłe drażnienie starych tematów może być szkodliwe i utrudnia pójście naprzód. Mnie jest potrzebna terapia, bo nigdy nie przepracowałam swoich problemów. Do tego wyrzucam jak wulkan przed erupcją: niespodziewanie i niewiadomo w którą stronę. Zależy jak wiatr zawieje. I tu wrócę do mojego samopoczucia. Na szczęście sztorm nie wywołał u mnie znacznego obniżenia nastroju, tylko wizyta w ZUSie spowodowała wizję ubezwłasnowolnienia. Pracując, byłam choć trochę niezależna finansowo, mogłam
decydować o niektórych sprawach w małym stopniu, ale zawsze choć trochę. Do tego zanikające szare komórki, kłopoty z pamięcią, z koncentracją… czy za dwa lata będzie ze mną lepiej ?

5 stycznia 2019 tua

 

7 - Echa Sylwestrowej nocy i moje rozterki

Nie dla mnie wycofanie z życia towarzyskiego, jeszcze nie teraz. Jeszcze będę babcią i pójdę na niejedną wywiadówkę, jeżeli będzie trzeba. Naszły mnie takie myśli po Sylwestrze. Humory nam dopisały. Chwilami nasze śmiechy zagłuszały muzykę. Kulinarne zdolności 😉 gospodyni zostały docenione, he. Gust muzyczny mojego męża podobał się wszystkim. Mieliśmy iść na koncert do pobliskiego jaru, ale zmieniliśmy plany, bo dziewczynom nie chciało się z różnych powodów. Pogoda też nie sprzyjała, była pod psem i do tego jeden z gości podarł sobie spodnie na tyłku w czasie zabawy z moim psem 🙂 W trakcie imprezy zadzwoniły do nas z życzeniami nasze ukochane, bliskie osoby, m.in. przyjaciółka będąca na obczyźnie i nasz kochany admin. Te dwie osoby szczególnie scalają naszą społeczność w realu i na czacie PU. Po północy wpadła do domu moja szarańcza (sztuk pięć, dzieci i ich partnerzy) złożyć nam życzenia. Zrobili rwetes, po pięciu minutach się rozpierzchli. Córka z mężem pojechali do swojego domku, a młodsi zajęli się jedzeniem (głodni po koncercie), potem swoimi sprawami. Wspomniałam o dzieciach dlatego, że goście byli trochę więcej starsi od nich, a niektórzy w ich wieku. Różnica pokoleń mnie nie dotyczy na razie. Choroba łączy nas do tego stopnia, że nie widzimy żadnych barier. Spotkaliśmy się, bo się lubimy.

Piszę o tym z powodu moich rozterek.

Głos na dwa tygodnie przed świętami przestał być intensywny. Wcześniej odłączył mnie od spotkań z ludźmi i od… czata. Nadal nie pozwala mi wejść i porozmawiać. Na czacie również nie ma barier wiekowych. Wszyscy są równi sobie. Rozmowy o chorobie, o radzeniu sobie w życiu zbliżają nas do siebie. Mimo to czuję podświadomie strach przed odrzuceniem z powodu wieku. Może dlatego, że mało nas chorujących, poszukujących w internecie pomocy, a za tę chciałam wszystkim podziękować. Zwłaszcza adminowi. Pomimo różnic światopoglądowych, przetrwaliśmy już prawie dwa lata. Dzięki jego szerokiemu propagowaniu ochrony chorych psychicznie, chęci założenia stowarzyszenia, dzięki działalności czata, stałam się nieco aktywna. Zaczęłam tę przygodę, gdy zdecydowałam się stawić na spotkanie, które organizowała w pubie przyjaciółka (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nią będzie), a powiadamiał mnie wówczas po raz kolejny jeden szczególny kolega ze szpitala z Oddziału Dziennego.

Może czuwa nade mną przyjaciółka, która dwa lata temu popełniła samobójstwo, rzucając się pod koła autobusu. Zostawiła rodzinę i mnie w bólu i poczuciu, że nic nie mogliśmy zrobić. Stała się teraz opiekuńczym aniołem i postarała się dla mnie o nowych przyjaciół. Wierzę w to, ponieważ często o niej myślę. Starsza ode mnie kilkanaście lat, zaznała przyjemność bycia babcią. Gdyby żyła, miałaby okazję udzielić mi kilka rad i dopełnić nasz wachlarz wiekowy. Obdarzyłaby nas swoją energią i przegoniła po mieście w poszukiwaniu kulturalnych perełek. Depresja nam ją zabrała. Spowodowała też u mnie niestety fatalistyczne myśli o przydatności starzejącego się człowieka. Doliczyć do tego chorobę psychiczną… chyba zbyt dużo rozważam i znalazłam się w huśtawce myśli.

P.s.
Na morzu sztorm, 10 stopni w skali Beauforta…

2 stycznia 2019 tua

6 - Sylwester - Będzie się działo

Będzie zabawa, robię u siebie imprezę. Cieszę się i nawet śmieję, bo nasz admin PU też się cieszy, że przygarnę sylwestrowo- nieprzygarniętych.
Moja córka przygarnia swoich braci do domu, wiec będzie pusta chata.
Ja jeszcze nie doszłam do siebie po świątecznym galimatiasie, ale do jutra się rozkręcę.
Motorem spotkania jest jeden z czatowiczów, który zadzwonił przedwczoraj z zapytaniem, czy moja propozycja spędzenia razem Sylwestra jest aktualna. Coś kiedyś rozmawialiśmy. Mieszkamy blisko siebie, lubimy się, więc temat od razu stał się rozwojowy, bo co tak sami będziemy siedzieć :-)) Podzwoniłam po ludziach i jest ekipa siedmioosobowa już 🙂
Mamy w planie pójść na koncert Łąki Łan do pobliskiego jaru. Później pogramy w jakiś quiz i może potańczymy? Mąż tworzy swoją playlistę ulubionych utworów, którą będzie nas raczył. Posłuchałam trochę, może być… Eric Clapton, Animalsi, coś z reggae itd. Ponieważ wszyscy zażywają prochy, alkohol tylko w małej dawce, zapewne będzie to szampan. Mężowi nie przeszkadza, że jesteśmy niepijący, bo i tak wybiera się na ryby 1-go stycznia. Musi być trzeźwy.
Lubię takie historie… już obmyślam, co zaserwować. Zrobię naleśniki z mięsem na ostro i bagietki czosnkowe i może sałatkę gyros z kapustą pekińską, a i sałatkę owocową. Po północy bigos ze słoika, ale własnej roboty. Ponieważ mam cukrzycę, słodycze każdy we własnym zakresie przyniesie, kto co lubi.
Fajerwerki niekoniecznie, bo mam pieska i nie chcę go męczyć wystrzałami.
Co jeszcze potrzebne nam do dobrej zabawy, może ktoś podpowie ? No tak, najpierw musi ktoś to przeczytać, hihi adminie pomóż. Już wiem towarzystwo admina, gdy zadzwoni do nas w trakcie imprezy, będzie niespodzianką i zrekompensuje nam jego brak 🙂
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, pogody ducha, łatwości w rozwiązywaniu problemów, miłości , bliskości z ukochanymi osobami i grona kochanych przyjaciół życzy tua.

5 - Rola rodzica

Wspomniałam wcześniej na blogu o kłopocie z mężem jaki miałam przy wychowywaniu dzieci. Toksyczny temat. Nie każdy rodzic może być wychowawcą.
Nie chciałabym przy tym siebie jakoś szczególnie doceniać, ale było we mnie tyle macierzyństwa, że to rekompensowało ewentualne niedokształcenie, niedojrzałość. Urodziłam córkę, sama będąc jeszcze w liceum, miałam niespełna 20 lat. Niech się wali, niech się pali, mogłam góry przenosić… pracować, skończyć szkołę, miałam tyle energii, byłam szczęśliwa. Zapatrzona w córkę usłyszałam, że chyba męża nie kocham, był zazdrosny. Nie wiem. Może i nie umiałam dzielić miłości pomiędzy dziećmi a nim. Wychowywanie dzieci brałam na poważnie, jego istnienie mniej. Może dlatego, że bałam się… że jest z nami na siłę, że związek będzie krótkotrwały. Byłam w ciąży, gdy braliśmy ślub. Takie wątpliwości mnie ogarniały podświadomie.

Rola matki spłynęła na mnie prawie jak kaszka z mleczkiem, kłopoty zaczęły się później, ale większe z mężem niż z dziećmi.
Zachwycona za każdym razem urodzeniem małych istot mogę stwierdzić, iż to były najpiękniejsze chwile w moim życiu.
Żyłam pochłonięta problemami dzieci. Odrabiałam z nimi lekcje, jeździłam na wycieczki szkolne, byłam w trójce klasowej.
Tak mniej więcej do piątej klasy pomagałam, podpowiadałam, co można ciekawego wymyślać, interpretować. Później dzieci, gdy przybywało przedmiotów, załapywały po kolei, że nie wszystkim trzeba się interesować i uczyły do sprawdzianów tuż przed wejściem do klasy. Taka niecną metodę akceptowałam, gdyż sama jej używałam.
Z ocenami bywało różnie, ale nie byłam szczególnie wymagająca.
Potem okazało się, że córka pomaga mi w rozwijaniu kreatywności młodszego rodzeństwa poprzez wszelkiego rodzaju zabawy, piosenki.
Od męża, po wspólnych z dziećmi, nieudanych próbach rozwiązywania zadań matematycznych oczekiwałam, żeby po prostu „był”, aby tylko nie krzyczał. Sam stwierdził, że nie ma cierpliwości do tłumaczenia i na ewentualne prośby o pomoc odpowiadał: Idź do mamy. Kierował dzieci do mnie.
Później usłyszałam od męża, że żyję we własnym świecie. Trwała cicha walka pomiędzy nami. To nie była rywalizacja, nie. Raczej gnębienie. Frustracja.
Syn po badaniach psychologicznych dostał orzeczenie o dysleksji, chociaż psycholog twierdziła, że to niedojrzałość emocjonalna. Miał dzięki temu orzeczeniu godzinę dłużej pisać na egzaminach. Nigdy nie skorzystał. Najważniejsza dla mnie była jego pewność, przekonanie, że da radę ze wszystkim.
Za to w domu rozpętało się piekło, gdy poprosiłam męża, by poszedł na wywiadówkę. Sama zaczęłam niedomagać… a on dolewał oliwy do ognia… urodziłaś debila… jesteś debilem… ty debilu. Ciężko mi to wspominać. Żałuję że sama nie poszłam na tę wywiadówkę…

Tylko jeszcze parę wywiadówek u młodszego syna i koniec mojej roli matki- wychowawczyni własnych dzieci.

Doglądałam tylko, co dzieci robią przy komputerze, w internecie, czy nic i nikt im nie grozi.

Ograniczyłam się do postawy: po prostu bądź i patrz.
ZACHOROWAŁAM
Wydaje mi się, że po raz drugi, bo z dzieciństwa pamietam podobne objawy, z których nie zdawałam sobie sprawy z tym, że nie były tak ostre jak teraz. Dziś boję się, żeby choroba nie była genetyczna, bo za niedługo zostanę babcią!!!
P.s.
Badania prenatalne wykazały, że wnusia zdrowo się rozwija ♥️
Obym tylko dała rady jakoś pomóc.

4 - Akceptacja choroby potrzebna od zaraz...

Przeczytałam wpis Szarego Motylka „Do zmartwionego ojca”, który ukazał się na jej Blogu Ulotnym i pomyślałam o sobie i swojej rodzinie. Zmartwiony ojciec, alias Jerry Dee ma kłopot z synem, który nie chce się leczyć psychiatrycznie. Po jakichś dziesięciu latach mojej choroby, zadano mi podobne pytanie. Jak postępować z chorym, by mu nie zaszkodzić, nie urazić, nie skrzywdzić? Odpowiedziałam, że nie ma rady jeśli nie zgadza się na leczenie ambulatoryjne, trzeba umieścić tę osobę na siłę w szpitalu, ale niestety uraza zostanie na czas bliżej nieokreślony i chory kiedyś tam doceni ten fakt jako przejaw troski. Najbliżsi przestaną być wrogami… do córki miałam największe ciche pretensje… nic nikomu nigdy nie wypomniałam, tylko płakałam… zadawałam sobie pytanie (nie jej) co zeznała policjantom, a później lekarzom na dyżurze… miałam wrażenie, że to ja jestem jej wrogiem… mam do tej pory odczucie, że ona się boi, abym nie sprawiała kłopotu…
Synowie też bardzo przeżyli początek mojej choroby, ale nigdy nie dali mi odczuć, że jestem czymś pomiędzy dżumą a cholerą. Starszy syn zawsze mnie bronił przed oskarżeniami męża, że coś źle robię przy wychowywaniu dzieci. Kiedy trzeba było, potrafił nawet wykrzyczeć i udowodnić niekompetencje swojego ojca. Dziś mam w synu najlepszego słuchacza, sam również nie kryje przede mną swoich problemów.
Młodszy syn modlił się za moje wyzdrowienie… stracił wiarę w Boga… Ale niedawno na pytanie, czy nie boi się, że żadna dziewczyna go nie zechce mając taką matkę, powiedział spoko, nie przejmuj się 🙂
W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia przywiózł swoją ukochaną na obiad i miło spędziliśmy czas do późnego wieczoru.
Mąż? Hm… wielka zmiana. Byliśmy dla siebie nawzajem wrogami przed chorobą. Straszył mnie najgorszym szpitalem, gdy zaczął zauważać zmiany w moim zachowaniu. Nie zaproponował pójścia do lekarza tylko coś mówił o wspólnej terapii. Nie chciałam. Mówiłam o rozwodzie. Policjantom zeznał jakoby miałam zamiar zrobić komuś krzywdę pilnikiem do paznokci. Uff dość toksycznych wspomnień.
Teraz skłaniamy się ku przyjaźni. Niestety niedawno obarczył mnie swoimi problemami, depresją, nie wytrzymałam, „głos” stał się intensywniejszy, a ja nieprzyjemna tylko dla niego. Prosiłam go kiedyś, by nie krzyczał na mnie, bo nie umiem już walczyć tylko grozi mi załamanie nerwowe. Nie posłuchał, a „głos” tym razem był buntowniczy…
Napiszę jeszcze tylko, że zawsze się bałam choroby psychicznej, aby nie trafiła się w mojej rodzinie… by nie zachorował na nią… mąż. Ironia losu.

W szpitalu powiedziano mi, że leczenie trwa około trzech lat. Nie dowiem się tego, gdyż bardzo boję się psychozy. Leczę się jedenaście lat grzecznie przyjmując leki. Będę je brała do końca życia.
P.s.
Dzisiaj mija jedenasta rocznica zamknięcia mnie w szpitalu na siłę z powodu psychozy w stanie ostrym, fachowo tzw. zespół paranoidalny.

3 - Ja, mój głos i przyjaciele

Dokuczał mi niedawno, jeszcze tydzień temu dlatego, że nie wiem, co ze mną się działo 13 lat temu przed chorobą, a wszyscy wiedzą, więc i ja muszę wiedzieć…
Opowiadał dziwne historie…
Głos.
Paradoksalnie jestem bardziej świadoma mając „go”. Świadoma rzeczy, które się dzieją ze mną i wokół mnie.
Byłam autystyczna i już nie jestem…
Na czym polega moja świadomość?
Nie mam większej kontroli nad życiem.
Za to teraz nie wyklucza mnie, jestem obecna, takie mam wrażenie, przy każdej przeżytej chwili, nie „odpływam”. Reaguję właściwie, odpowiadam od razu na zadane pytania, bo wcześniej różnie z tym bywało.
Niestety jestem przekonana, przeświadczona, że nie mam wpływu na bieg rzeczy, „on” porusza nami jak marionetkami, przy czym nie każdemu jest dane o tym wiedzieć. Po takich słowach mniej więcej podobnych , lekarz spytała, czy czuję się wybrana spośród ludzi, by taką wiedzę posiadać. Odpowiedziałam: nie! Byłam zbyt poniewierana przez „niego”, by czuć się jakoś szczególnie. I raczej przestraszona tego, co może przynieść przyszłość.
Teraz boję się tego, co się stanie, ale jestem znieczulona, mniej boli. „On” decyduje o moich emocjach, czy będę się przejmowała, „on” sprawia, że po smutku przychodzi radość. Czekam na to z utęsknieniem, mam „go” dość po wysłuchaniu, że wszystko, co mi się przydarzyło, było złe.
Glos, był ostatnio bardzo natarczywy… i wtedy, gdy myślałam, że znów mnie odłączy od świata, pojawiła się ukochana przyjaciółka.
Zorganizowaliśmy spotkanie w kawiarni. Przyszło dużo osób, wiele serdecznych powitań, rozmów, pocieszających słów.
Jeden z przyjaciół zapewnił mnie że jestem „jakaś”, że mam charakter, jakąś osobowość. Moje obawy wynikły dlatego, iż wykonując tylko polecenia głosu, straciłam poczucie własnego „ja”.
To trwało parę tygodni i mimo tego, co mi serwuje co jakiś czas, czuję się coraz lepiej.
Muszę wspomnieć o drugiej koleżance z czata. Też mnie odwiedziła. Przyjechała z daleka pociągiem. Zrobiłyśmy następne spotkanie, tym razem kameralnie u mnie w domu. Potem odwiedziłyśmy ważną dla nas osobę, naszego głównego admina 😉 Tyle przyjemnych rzeczy mnie spotkało i pomimo choroby lubię ludzi…
I jeszcze jedno, jeżeli „on” ma dla mnie więcej takich niespodzianek, to cieszę się ogromnie.
Smutki precz, nie interesuje mnie co było 13 lat temu tylko tu i teraz.
P.s.
Właśnie się dowiedziałam, że mam być koniecznie w poniedziałek po południu w domu, bo ma nadejść niespodzianka od młodszej siostry, która mieszka bardzo daleko. To coś ma mi pomóc w przygotowaniu świąt. 🤔 Hm, cóż to może być? Co by nie było, to już mi sprawia radość, czyżby prezent? Ale wolałabym żeby z paczki wyskoczyła siostra… naprawdę lubię ludzi, kontakt z nimi sprawia mi przyjemność i powoduje mniejsze natręctwo głosu. Idę spać, pa, bo jutro szykuję na obiad kołduny dla mojej rodzinki i muszę być wypoczęta (jest 5:00 rano).

2 - Pielęgnacja schizofreni
Zastanawiam się, czy pisząc na temat schizofrenii, myśląc o niej, czytając informacje na jej temat, wreszcie kontaktując się z gronem osób podobnie chorujących jak ja, nie pielęgnuję jej w sobie. Po pewnej wymianie zdań dwóch czatowiczów naszły mnie myśli, że być może tak jest w rzeczywistości. Jeden krytykował drugiego za to, że ten zbyt dużo mówi o chorobie, o odrzuceniu społecznym, utwierdzając się w tym, że jest bardzo, bardzo chory. Trzeba iść do przodu zalecał optymista, co to znaczy…?

Czy można się uwolnić od choroby psychicznej? Podczas gdy ona już jest, głęboko rozwinięta i decyduje o naszej teraźniejszości i przyszłości. Byleby nie odstawać od społeczeństwa, mamy wszystko robić, by nie być wyrzuconym poza nawias tegoż. Tylko nie być dziwacznym, bo Cię wyśmieją, nie będą brać na poważnie, nie przyznawać się do choroby, bo Cię do pracy nie przyjmą. Zaczyna mnie to irytować, gdyż takie zachowanie jest samo w sobie schizofreniczne. Nie pozwala mi na bycie sobą. Doprowadza do fazy, w której każą mi kryć się ze swoja przypadłością i potęguje objawy chorobowe. Mam tzw. głosy, a właściwie jeden, dominujący, komentujący. prawia on, że nie mam czasu dla siebie zbyt wiele, słucham go i gdy jestem sama ciężko mi cokolwiek zrobić. Zagłuszam go pisząc lub rozmawiając z innymi, ale ciężko mi kryć przed światem jego istnienie. Po prostu mówię o nim, nie z nim… na to mi nie pozwala i nie naraża na śmieszność. Dobrotliwi ludzie radzą mi: nie słuchaj go, przegoń, z lekka się uśmiechając.

Trudno mi zapomnieć o nim i o chorobie tym bardziej, że zauważyłam w otoczeniu pewną modę… Byłam niedawno z koleżanką w podróży pociągiem. Przed nami siedział niepełnosprawny, o którego personel dbał i pytał często, czy czegoś nie potrzebuje. Tenże pasażer bawił się przez większość czasu, słuchając e-booka, zaśmiewał się serdecznie. Dopiero gdy wstał z zamiarem pójścia do WARS-u, ujrzałyśmy, że ma laskę niewidomego. Świetnie sobie radził, poszedł sam. Po powrocie nawiązał z nami rozmowę. Miał szeroką wiedzę na każdy temat, którego się podjęliśmy. Jeden z wątków, akurat politycznych podsumował stwierdzeniem, że ktoś lub coś jest schizujące… i zawiera elementy dualizmu. Nie wiem co miał na myśli mówiąc dualizm w połączeniu ze schizofrenią, ale domyślam się, że był zdrowy psychicznie i wykorzystywał pewne terminy medyczne, by podkreślić czyjeś zachowania. Uśmiechnęłyśmy się z koleżanką, obie chorujące na schizofrenię… Nie miałam żalu do niewidomego pasażera, że tak powiedział, bo większość ludzi często myli pojęcie dwoistości natury, dobra i zła ze schizofrenią. Tak, jakbyśmy my byli przykładem dla społeczeństwa tylko ciemnej strony ludzkiej psychiki, której trzeba unikać, tego zła. To tak potocznie doktor Jekyll i pan Hyde, podwójna osobowość- dwulicowa osobowość… w odniesieniu do polityków ma rację bytu, bo sami siebie podejrzewają o rozdwojenie jaźni. Do tego żyją w innym świecie.

Ponieważ nie jestem ani politykiem , ani nie znam się na medycynie, ani na filozofii powiem od siebie: nie chcę pielęgnować schizofrenii, ale tkwiąc w niej, bronię się przed złym światem, a politycy niech się odczepią od tego sposobu wyrażania się. Niech sobie znajdą inne obelgi na siebie.
Byłam też niedawno na zjeździe rodzinnym- weselu. Tam kuzyna żonie, nie wiedzieć czemu wydawało się, że będzie taka ,,cool”, fajna i wyluzowana jeśli będzie o kimś, kto nie domaga psychicznie, mówić: niepełnosprawny.

Zbyt często używała tego wyrazu i już mi się nie chce tego komentować… Wiem, że nie urodziłam się z matołectwem, nie jestem idiotką i nie mnie miała na myśli… a więc kogo? Chyba co raz częściej mnie bolą różne określenia… pospolity gamoń już wyszedł z użycia. Wracając do mojego osobistego podejścia, nie wyrzeknę się choroby. Nie będę udawać, że jestem zdrowa, a pielęgnować chcę przede wszystkim przyjaźnie pozwolę innym, by dbali o mnie.

1 - Przyjaciele niedoli

Przyjaciele od biedy?

Nie!!! Ale poznani w biedzie, w chorobie… mają większe znaczenie dla mnie, niż starzy, dobrzy znajomi, więc moi najlepsi, to obecnie schizofrenicy, chadowcy, ludzie po kryzysach. Skąd u mnie taka zmiana? Nie mam cierpliwości do ludzi zdrowych? denerwują mnie ich problemy? nie przyswajam ich? Nie! My mamy te same klopoty i tylko ciut więcej rozkminiamy, czy nie narażamy sie na śmieszność, ale poza tym każdy ma jakiegoś bzika.
Tych zdrowych psychicznie mam rzeczywiście od biedy kilku, bo nigdy nie byłam zbyt towarzyska. Pozostali przy mnie, pomimo choroby dlatego, że znali mnie wcześniej i radosną, i smutną, i może lekko dziwaczną.

No! Ale i tak wolę chorych towarzyszy niedoli. Umiemy sie wzajemnie pocieszyć, rozśmieszyć, rzadko mamy tematy tabu. Rozmawiamy o wszystkim, krytykujemy się szczerze i otwarcie, z rzadka obrażając na siebie. Bez skrępowania wymieniamy swoje doświadczenia, czujemy się bardziej rozumiani. Mamy potrzebę takich rozmów o wszystkim i o niczym, wszystkim jest obecnie choroba, ona decyduje o nazych wyborach i możliwościach.
Wiem, że niedobrze jest wtedy, gdy chorzy stronią od normalności. Trzeba polepszać sobie jakość życia i nie robić uników przed światem, przełamywać swoje lęki i wychodzic z tego kręgu wzajemnej adoracji. Jednak czuję żal do ludzi, którzy nie chcą się do nas przyznać, którzy boją się takich, jak my, uważając nas za groźnych i nieprzydatnych społeczeństwu.

Co nam pozostało? Właśnie organizować się, skupiać jak największą liczbę potrzebujących i przełamywać lęki zwyklych ludzi. Niech nas na początek traktują z przymrużeniem oka, chociaż nie lubię tych uśmieszków, byleby nie bali się… bo załamania nerwowe są co raz częstszym zjawiskiem, mogą prowadzić do choroby psychicznej i grożą każdemu.

Jadę na zlot Pięknego Umysłu, tyle mogę zrobić dla siebie i innych. Nie zważać na groźne miny szefowej górskiej bacówki, która spanikuje , jeśli się dowie , kto do niej zawitał.

Po powrocie umówimy się w kawiarni, uczcimy przyjazd przyjaciólki. Polubiłam te spotkania. To, co kiedyś było dla mnie nudne i męczące, teraz stało się normalnością. Najważniejsze, że siebie akceptujemy, unikamy niezdrowych plotek i nie mówimy z satysfakcją źle o innych. Jest dobrze.